,,Tato’’

 

Urodził się w ,,Tamtym Końcu’’ jako drugie dziecko małżeństwa Anny z domu Keller i Antoniego Mularczyka s. Józefa w kresowej wsi Boryczówka. Z jego datą urodzin kryła się pewna tajemnica, która została przez ojca wyjawiona po 65 latach od daty jego urodzin podczas wspólnego spędzania świąt w rodzinnym gronie.

 Wszystkie dokumenty potwierdzające jego tożsamość nosiły datę 24 kwiecień 1927r. Prawdziwą datą jego urodzin był 24 luty 1926r. Jak do tego doszło? Drogi czytelniku jeżeli jesteś ciekaw proszę o cierpliwość bowiem ujawnienie 65 letniej tajemnicy w dwóch zdaniach było by zbyt banalne.

 


Wracamy do lat jego dzieciństwa i smutnej rzeczywistości- dziecka półsieroty. Tato Antoni umiera na zapalenie płuc w 1928 r. w wieku 30 lat pozostawiając dwóch synów: 4 letniego Stanisława mojego stryja i 2 letniego Ludwika mojego ojca. Ten okres życia był bardzo ciężkim okresem, ponieważ gospodarstwo było małe około 2,5 morga, obecnie 1,50 ha. Wyżywienie 4 osobowej rodziny (z rodziną mieszkała babka ojca Ewa Keller) przez  babcię Annę wymagało bardzo dużej zaradności i pracowitości. Powszechne było wówczas wspólne gospodarowanie tak zwane ,, sprzęgi’’, ,,tłoki’’ oraz praca u większych gospodarzy za ,,odrobek’’. Biedne chłopstwo pracowało podczas żniw na dorobkach klasztornych, które znajdowały się Boryczówce  oraz u większych gospodarzy za 10-ty snop zboża. Pomocą w wychowaniu dzieci służyły ciotki: Antoszka Kitajczyk i ciotka Teresa mieszkająca na Szwabówce.

 

 

Zdjęcie wykonano w Trembowli w 1928 roku, na którym znajdują się: wuj Michał Mularczyk-brat dziadka Antoniego, obok babcia Anna , poniżej stojący na krześle stryj Stanisław. Siedząca w wiklinowym fotelu prababka Ewa Keller ( druga żona Jana Kellera ),na jej kolanach siedzi mój ojciec Ludwik.

 

 

Stryj Stanisława po ukończeniu IV klasowej szkoły w Boryczówce chodził do VII klasowej szkoły w Łoszniowie. Jesienne deszcze powodowały niesamowite błoto na nie utwardzonych drogach Boryczówki. Stryj Stanisław mieszkał wówczas na Szwabówce u ciotki Teresy skąd miał bliżej do szkoły. W domu ciotki przez pewien czas mieszkał i stołował się kierownik szkoły Jan Wojna, który w 1944 r. wraz  z  bratem i kuzynem został bestialsko zamordowany przez banderowców. Ciotka Teresa otrzymywała austryjacką rentę wojskową za ojca, który poległ podczas I wojny światowej. Końcówka renty w kwocie 5 gorszy była dzielona pomiędzy ojca i stryja. W jednym miesiącu ojciec otrzymywał 3 gorsze, a pozostałe 2 gorsze stryj. W następnym miesiącu następował odwrót tego podziału. Na ten dzień czekano bardzo niecierpliwie bowiem za te pieniążki kupowali sobie chłopcy słodycze w sklepie u Żyda. Brak pracy oraz biedne życie na karłowych gospodarstwach powodował masową emigrację za chlebem do obu Ameryk. Przysyłane do Boryczówki listy w latach trzydziestych przed II wojną światową miały naklejone znaczki z wizerunkiem kombajna zbożowego. Wyjaśnienia piszących te listy że ta maszyna służy do koszenia zboża i jego równoczesnego młócenia spotykały się z niedowierzaniem, a nawet  kpinami typu ,, a z tylu tej maszyny lecą pewnie upieczone chleby i bułeczki’’. W 1933r. ojciec  rozpoczął naukę w IV klasowej szkole w Boryczówce. Pierwszymi nauczycielami w tej szkole były panie: Bośniaczka i  Teodozja Steczyszyn następnie Mikołaj Bogaj- Ukrainiec i Jan Wojna. Naukę religii w szkole prowadził ksiądz Artur Marynowski, w towarzystwie dużego kudłatego psa, który wabił się ,,Wisła''. Normalnością dnia codziennego był zwyczaj całowania ręki księdza. Szczególnie kultywowany przez starsze pokolenie boryczowiańskich kobiet. Babcia ojca Ewa Keller nakłaniała do tego czyny niejednokrotnie mojego ojca. Robił to z nieukrywaną niechęcią, ponieważ ręka księdza pachniała nie miło tytoniem, który to ksiądz Artur palił namiętnie w fajce. Podczas wakacji miejscowa dzieciarnia kąpała się w stawach. Właścicielem jednego z nich był Ukrainiec o nazwisku Iwan Wyduch, który gdy był pijany, a zdarzało się to jemu nader często spuszczał wodę ze stawu, krzycząc po ukraińsku ,, Warszawo ja ciebie utopię’’. W 1939r. wybucha II wojna światowa pod koniec września do wsi wkraczając radzieccy żołnierze ze swoją administracją robiąc radzieckie porządki. Na podstawie decyzji Rady Najwyższej ZSRR z dn.2.11.1939r. wszystkim ludziom znajdujących się na terenie polskich Ziem Wschodnich narzucano obywatelstwo sowieckie. Ten czas wg wspomnień ojca był zapamiętany jako brak dobrego gospodarza. Na sołtysa wybrano jednego z biedniejszych mieszkańców- Jana Kobzę. Rozparcelowane dobra klasztorne tzw. ,, majątek’’ na, którym po pewnym czasie stworzono ,,kołchoz’’ był prowadzony niechlujnie. Większe połacie pól były obsiewane zewnątrz, natomiast środek pozostawał pusty. Zimą 1939r. pojawiły się pogłoski, że ruscy będą wywozić na Sybir. Pierwsza wywózka nastąpiła 10 lutego 1940r. wywieziono wówczas dzierżawcę majątku klasztornego Morozowskiego wraz z rodziną. W tym czasie deportowano głównie niższych urzędników państwowych i samorządowych, osadników wojskowych (kolonistów) i obsługę lasów. Transporty te skierowano w całości do lasów na północ Rosji do obłosti archangielskiej do tzw. ,,specposiołków’’. Od  dnia zawarcia paktu Ribbentrop- Mołotow w dniu 28.09.1939 r. do dnia wybuchu wojny niemiecko- rosyjskiej w dniu 22.06.1941 r. władze sowieckie wywiozły przymusowo z Polski Wschodniej do Rosji ponad milion osób. W tej liczbie była moja mama śp. Zofia Mularczyk z domu Sawczuk, która z Polesia z 6 osobową rodziną jako córka gajowego została wywieziona pierwszym transportem w lutym 1940 r. Miała wówczas sposobność skorzystania z ,, wspaniałomyślności rządu sowieckiego, który za darmo wspaniałym transportem turystycznym( bydlęce wagony z okratowanymi oknami i wyrąbaną dziurą w podłodze rodzaj ubikacji) wiózł ich do letniskowych domków (zmurszałe opustoszałe drewniane baraki) celem zażycia świeżego powietrza i racjonalnego odtłuszczania organizmu na okres około 5 lat’’(polecam przeczytać wspomnienia pod tytułem ,,Kipiatok’’).

Wracamy do Boryczówki do roku 1941, kiedy do Boryczówki wkraczają Niemcy. Ten okres dla 14 letniego chłopca utkwił szczególnie za sprawą mułów, które zobaczył po raz pierwszy w swoim życiu oraz zadbanego pachnącego wojska i koni. Konie w życiu ojca były jego pasją. Pastwisko z rzeczką, która znajdowała się nieopodal jego domu było idealnym miejscem dla popasu koni i mułów. Podczas popołudniowego obrządku przy koniach niemiecki żołnierz zauważył, że ojciec pomaga w czyszczeniu jego konia, którego pozwolił napoić w rzece. Za tą posługę ojciec otrzymał kawałek czekolady ( rarytas w tym czasie). Po odejściu tych żołnierzy na front skończył się sielankowy czas. Nowa administracja niemiecka przy aktywnej pomocy Policji Ukraińskiej zaczęła represja wobec Polaków. Nałożono wysokie kontyganty, a młodzież powyżej 15 lat wg list lub nocnych łapanek zaczęto wywozić na przymusowe roboty do Niemiec. Z tych łapanek dwukrotnie ojcu udało się uciec. Raz przez okno boryczowiańskiej szkolnej świetlicy w, której Policja Ukraińska grupowała złapanych, drugi raz z drogi koło Łoszniowa. Wtedy nie wracał do domu, spał w polu w kopkach z kukurydzą. Trzeci raz nie był już tak pomyślny. Złapany wraz z innymi został w asyście Policji Ukraińskiej konwojowany, aż do Lwowa. We Lwowie polski lekarz prawdopodobnie litując się nad młodym chłopcem spowodował zmianę metryki jego urodzenia. Jednocześnie przekazał, żeby ojciec o tym nikomu, nic nie mówił i utrzymywał ten fakt w głębokiej tajemnicy. Za ten odruch dobrego serca ojciec oddał mu swoje zawiniątko z jedzeniem. Taki stan rzeczy spowodował, że Niemcy zwolnili ojca, który mógł wrócić do domu. W tym czasie został wywieziony do Niemiec jego szkolny kolega Michał Rudyk s. Marcina  rocznik 1926. Gdy ojciec powrócił do Boryczówki, nastąpił wielki głód. W 1942 r. wystąpiła ostra zima podczas , której Niemcy zaczęli rekwirować bydło, zgromadzone zboże, a młyny zamykać, żeby nie można było robić mąki. Głód był wówczas taki wielki, że na przednówku latem 1943 r. ludzie chroniąc się przed głodem jedli niedojrzałe ziarna zbóż. Z tego czasu powstał wiersz, który przytaczam dzięki fenomenalnej pamięci szanowanej Pani Janiny Lipiszczak zam. w Brodowie pow. Lubin, woj. dolnośląskie.      

 

 

 

Na Ukrainie bida czarna

 

Stoją młyny mielą żarna

przyszedł rozkaz żarna zdaj 

  Hej, Hej

 

 

 

   Tam noszą torebkami

 

Tam mierzą i garściami

 

Żarna kręcą w prawo w lewo

 

Żeby jeść się nie chciało

 

Hej, Hej

 

 

 

Jak przyjechał Niemiec krępy

 

To za żarna wybił zęby

 

   Przyszedł rozkaz żarna zdaj 

   Hej, Hej

 

Dokuczliwy głód był dodatkowo potęgowany strachem przed działaniami banderowców, którzy początkowo napadali na pojedyncze osoby. W tym to okresie w Boryczówce powstała samoobrona, która w nocy do oświetlenia pól od strony Iławcza (mocne skupisko banderowców) wykorzystywała reflektory samochodowe. Reflektory zamontowano w okolicach gospodarstwa Michała Kitajczyka. Prąd pochodził z ,, dynama’’, agregatu prądotwórczego napędzanego za pośrednictwem turbiny wodnej zainstalowanej w młynie. Budowę oświetlenia po uzyskaniu zgody od Niemców ( o zgodę wystarał się wuj ojca Józef Keller) prowadziła grupa inicjatywna w składzie: Ludwik Polanowski, Bronisław Polanowski i Józef Keller. Zadaniem było oświetlenie jak największej ilości domostw. Budowa trwała około 6 miesięcy. Z braku słupów elektrycznych wykorzystywano rosnące drzewa. Drut doprowadzający prąd pochodził z ,, skombinowanych’’ łącznościowych kabli telefonicznych. Prąd dla posiadających zainstalowaną elektryczność był dostarczany od zmierzchu do godz. 24.00. Wyłączenie prądu było sygnalizowane poprzez jego 3 krotne wyłączanie. W budynku wartowni prąd był dostarczany przez całą noc, aż do rana. To powodowało większe poczucie bezpieczeństwa dla mieszkańców Boryczówki. Wuj ojca Józef Keller jako emerytowany kapitan wojska austriackiego był często proszony przez miejscową ludność o wstawiennictwo do niemieckich władz wojskowych o pomoc gdy następowały wzmożone represje żandarmów czy też Policji Ukraińskiej. Wg wspomnień ojca Niemcy proponowali dla wuja pracę w administracji niemieckiej lecz ten stanowczo odmawiał mówiąc, że  wojskowy kodeks honorowy oficera nie pozwala na taki czyn. Dawano mu spokój, a represje ustawały. Z Trembowli dochodziły wiadomości  o prześladowaniu Żydów, których umieszczano w getcie. Największy postrach wzbudzał wśród nich esesman śląskiego pochodzenia o nazwisku Szklarek, którego charakteryzowała długa i chuda szyja. Zasłynął z tego, że napotkanych na ulicach Trembowli Żydów zabijał z pistoletu bez najmniejszego ostrzeżenia, po czym wyjmował z kieszeni munduru notes odnotowując kolejną ofiarę. Mówiono wówczas, że nie wiele brakowało mu do liczby 100 zabitych. Terror Niemiecki w 1943 r. był również wzmagany przez mordy jakie były dokonywane przez UPA. Wg wspomnień mojego teścia Jana Rogowskiego s. Marcina urodzonego w Boryczówce. W dniu  24 listopada 1943 r. banderowcy zamordowali w Plebanówce 10 osób w wśród, których znajdował się jego wujek o nazwisku Jan Gliwa. Ceremonie pogrzebową prowadził ks. W. Szetelnicki, autor książki ,, Trembowla, kresowy bastion wiary i  polskości’’. Dzień pogrzebu zapamiętał szczególnie za sprawą padającego śniegu i wielkiej rzeszy ludności biorącej  udział w pogrzebie i z podniosłej mowy księdza. Wiosną 1944 r. cofający się Niemcy przed atakującą Armią Czerwoną ponownie w pośpiechu przechodzą przez Boryczówkę. Nie jest to już pachnące wojsko lecz brudne, zarośnięte i głodne. Według wspomnień Pani Janiny Lipiszczak wtedy cyt. ,, niemiecki żołnierz wszedł do naszej stajni i wyprowadził konia po czym go zabrał''. Strach przed Niemcami był tak wielki, że nikt z domowników nie protestował. Sprzeciw był wyrokiem na samego siebie. Złapanych niemieckich żołnierzy, Rosjanie rozstrzeliwali nie biorąc do niewoli. Tak stało się z dwoma ukrywającymi się żołnierzami niemieckimi w szkolnej boryczowiańskiej ubikacji. Gdy front przesunął się do przodu na zachód do wsi w kwietniu 1944 r. wkroczyła radziecka partyzantka. Boryczówka, rdzenie polska wieś była dostatecznie bezpieczna do stacjonowania tejże partyzantki. W grupie partyzantów znajdowali się dwaj młodzi chłopcy, których dowódca partyzantów nazywał Pietką i Lowką. Byli to chłopcy sieroty, pochodzący z Wołynia, którym banderowcy wymordowali całą rodzinę. Dlaczego o nich piszę? Ponieważ ci chłopcy według relacji ojca wykonali wyrok na złapanych przez partyzantów banderowcach wśród, których znajdował się pop. W kwietniu tego roku władze radzieckie ogłosiły pobór do wojska wszystkich mężczyzn od 18 do 50 roku życia. Punktem zbornym była Trembowla, do którego zgłosił się również mój stryj Stanisław Mularczyk rocznik 1924. Stryj Stanisław wraz z Józefem Mularczykiem początkowo zostali przydzieleni do czołgistów. W wojskowym ośrodku szkoleniowym w Sumach po uzyskaniu pozytywnych wyników zdrowotnych zostali przydzieleni do szkoły lotniczej. Stryj Stanisław po ukończeniu szkoleń został strzelcem pokładowym na samolotach szturmowych ,,IŁ’’ zwanych przez Niemców ,, czarną śmiercią’’.

Tato uniknął poboru do wojska gdyż jako niepełnoletni (,, lwowska szkoła podrabiania dokumentów’’- zmieniona metryka urodzenia na 1927 r.) pozostał w Boryczówce. Wojskowe władze radzieckie pozostałych młodych chłopców w tym i ojca powołały do  tzw. ,, strojbatalionów’’. Około 20 osobowa grupa chłopców wraz z 8 osobową załogą żołnierzy radzieckich pozostała w Boryczówce, mając za cel bronić wsi przed napadami banderowców. Szczęśliwie do takich napadów nie doszło. Wiosną 1945 r. zaczęto mówić o końcu wojny, która nastąpiła w maju tego roku. W sierpniu 1945 r. ojciec z matką i babcią E.Keller opuszczają Boryczówkę i po dwutygodniowym pobycie na stacji w Trembowli wyjeżdżają na Ziemie Odzyskane na zachód. Podczas pobytu na stacji w Trembowli, ojciec kilka krotnie chodził do Boryczówki do swojego domu, po różne rzeczy, których nie zdążył zabrać. W tym czasie wieś zaczęto zaludniać Łemkami z Jarosławca. Pewnego razu zastał ich  siedzących przed jego domem. Pośród, których rej przewodził nie znany mu Ukrainiec. Ten gdy ujrzał ojca powiedział do siedzących, że takich jak ojciec, a nawet młodszych to on ,,ryzał’’ dziesiątkami. Strach o życie spowodował, że ojciec po raz ostatni był i widział swoją Boryczówkę.  

Wyjazd z rodzinnych stron do , których ojciec już nigdy nie wrócił nastąpił w miesiącu sierpniu 1945 r. i trwał około 5 tygodni. W Poznaniu rozdzielono z nieznanego mu powodu transport. Matka i babcia pojechały dalej, a ojciec został z krową ,,żywicielką’’ w Poznaniu. Po tygodniowym pobycie w Poznaniu ojciec wyruszył w dalszą drogę szukając swoich bliskich. Odnalazł ich w okolicach Rudnej, a dokładnie we wsi Brodów po niemiecku nazywanej  Brodelwitz.   

 

W Brodowie osiedliło się 15 rodzin z Boryczówki i tyle samo w sąsiedniej kresowej wsi Krowinki, tworząc czysto etnicznie kresową wieś. Początkowo zajmowali obce im domy zamieszkując po kilka rodzin. Domy te traktowali jako tymczasowe. Szczególnie wielu starszych ludzi traktowało swój pobyt na Ziemiach Odzyskanych jako pobyt przejściowy. Przewiezione ze sobą skrzynie nie rozpakowywano wierząc na powrót do swych domów na Kresach. Tylko nie liczni bardziej światli pogodzili się z nową sytuacją zajmując w pojedynkę większe gospodarstwa. W 1946 r. umiera babcia ojca E. Keller, rok później ginie tragicznie na torach kolejowych wuj Józef Keller ( legenda Boryczówki), a w 1952 r. umiera matka ojca Anna. Wszyscy zmarli zostali pochowani obok siebie na zamkniętym już cmentarzu w Rudnej przy ul. Ścinawskiej. Ojciec ma wtedy 26 lat, pozostaje sam z moją matką Zofią z domu Sawczuk, z którą się wcześniej ożenił. Brat Stanisław ( lotnik), zamieszkał na stałe w Bydgoszczy gdzie założył swoją rodzinę. Rok 1952 był rokiem smutku i radości- pogrzeb matki i narodziny mojej siostry Anny. W 1956 r. przychodzę na świat ja Stanisław. Okres powojenny dla przybyłych tu moich rodziców był bardzo ciężki. Matka repatriantka z Sybiru, cóż mogła przywieść tu do Polski. Przepraszam, przywiozła ostatni prezent od Stalina- ,, tyfus plamisty’’, który objawił się już tu w Polsce. Efekt zbierania i chowania w zbiorowych mogiłach trupów niemieckich żołnierzy z pól kołchozowych na Ukrainie w 1946 r. Dzięki opaczności i siostrą zakonnym z klasztoru w Wołowie została przywrócona do świata żywych. Ojciec osiedlając się w Brodowie otrzymał około 5 ha słabej ziemi o klasie bonitacyjnej od IV do VI. Przymusowe dostawy dla Państwa, za które rolnicy otrzymywali bardzo niskie ceny i przymusowe tworzenie ,, kołchozów’’ powodowało do lat 60 bardzo biedne życie na wsi. Brodów oraz wieś Brunów były jedynymi ( po mimo represji) wsiami w pow. lubińskim, które oparły się kolektywizacji (,,ot charakternij  narod’’). W 1972 r. ojciec kupuje w Brodowie od rodziny Maślanka gospodarstwo rolne wraz z zabudowaniami zwiększając posiadany areał ziemi do 12 ha. W tym czasie ojciec oraz znaczna ilość miejscowych rolników zaczyna specjalizować się w uprawie rajgrasu francuskiego na nasiona, który w sprzyjającym roku daje znaczne dochody w gospodarstwie. To powoduje, że ojciec inwestuje w nowe maszyny rolnicze i sprzęt, a w gospodarstwie znajdują się już 3 traktory oraz tyle samo koni. Konie- miłość ojca, trzymał do końca lat 90 minionego wieku. Drogi czytelniku spytasz pewnie, a co z tą tajemnicą ojca, o której pisałem na wstępie. Cierpliwości już wyjaśniam. W 1991r. w dniu 24 lutego( dokładnie 65lat od daty urodzenia mojego ojca) przychodzi na świat moja pierwsza córka, która rzecz oczywista otrzymuje na chrzcie imię Anna. To spowodowało, że wzruszony ojciec opowiada o swoim życiu i odkrywa swoją tajemnicę ukrywaną przez długie lata. Podjąłem  wówczas zobowiązanie, jednocześnie życząc mu długiego życia, że po jego śmierci na tablicy nagrobnej umieszczę prawdziwą datę jego urodzenia. Tak się stało co można sprawdzić(patrz tablica) wchodząc na stronę internetową(www.polskie-cmentarze.com/rudna).Wracając do spotkań- Boryczowskich zjazdów, ojciec był ich gorącym patriotą, żadnego z nich nie opuścił. W 2005 roku wystąpiła u niego skrajna niewydolność nerek powodując potrzebę 3 krotnych dializ w tygodniu, we wtorek, czwartek i sobotę, które odbywały się w Międzynarodowej Stacji Dializ w Lubinie. Ostatnia sobota czerwca stała się stałym terminem spotkań boryczowiańskiej społeczności w Lubinie od 1995roku. Ten dzień był szczególnie przez niego wyczekiwanym. Pomimo podeszłego wieku, wielu przebytych chorób i osłabiającej sobotniej dializie, która kończyła się o godzinie 13.00. Ojciec nie odpuszczał i dojeżdżał w moim towarzystwie do swoich. Spotkania ,, samych swoich’’ były dla niego najlepszym lekarstwem i antidotum na wszelkie dolegliwości, bóle ustępowały, a do organizmu wstępowały nowe siły witalne. Do domu wracał cały uśmiechnięty, wesoły i szczęśliwy wspominając pewne epizody ze swojego dzieciństwa i młodości. Dziadek Ludwik za swojego życia doczekał się: 4 wnuczek i 2 prawnuków. Od strony mojej siostry Anny, wnuczki: Katarzyna, po ukończeniu Liceum Medycznego w Lubinie, wyjechała pod koniec 1990r. do Francji gdzie obecnie mieszka, będąc szczęśliwą matką dwóch synów Aleksandra i Tomasza. 

 

 Agnieszka ( moja chrześnica), ukończyła Akademie Muzyczne: w Katowicach i Bremen w Niemczech. Pracuje w Zielonej Górze w Filharmonii oraz uczy w szkole muzycznej. Od mojej strony, wnuczki: Anna Maria- studentka III roku Pedagogiki we Wrocławiu i Joanna Paulina- studentka I roku Pedagogiki w Legnicy.

 

Dziadek Ludwik z prawnukiem Aleksandrem ( w tle siostra Anna )

 

 

Wspomnienia opisał w oparciu o ustne relacje ojca i szanownych Pań: Janiny Lipiszczak z domu Rogowska, Katarzyny Krupa z domu Sierocińska oraz Józefa Mularczyka s. Jana i Jana Rogowskiego s. Marcina ,, ostatni Mohikanin’’ z Boryczowskich Mularczyków z klanu ,, Barany”.

 

 

                                       Stanisław Mularczyk s. Ludwika                                                     

 

 

 

Brodów, dnia 2013. 03.26